|
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Podziękowania.
Chciałem serdecznie podziękowac wszystkim osobom, za wczorajsze blogowo-urodzinowe życzenia. :]
Spieprzaj dziadu!
Nie pisalem ostatnimi czasy z powodu wyjazdów, ale postaram się to jak najszybciej nadrobic ;] Chciałem Wam zacytowac interesujący wpis Janusza Palikota, o ostatnich zakupach Pana Prezydenta... "Tymi słowami - spieprzaj, dziadu! - zwrócił się Lech Kaczyński do mężczyzny, który domagał się odpowiedzi na swoje pytanie i nie oczekiwał jakiegoś szczególnie zaangażowanego zainteresowania; po prostu pytał... Z kolei za uwagi pod adresem urzędującego prezydenta sąd ukarał innego człowieka: bezdomnego alkoholika z warszawskiego Dworca Centralnego, skazując go na karę więzienia w zawieszeniu. Czasem historia się powtarza i wówczas – jak mawiał Hegel a za nim Marks – staje się farsą. Kancelaria Prezydenta, według informacji uzyskanych przez radio Zet, kupuje dość duże ilości małych butelek alkoholu. Alkoholu w miniaturowych opakowaniach używa się, aby ukryć problemy alkoholowe – to powszechna wiedza w branży spirytusowej, badającej szczegółowo rynek konsumencki. Kancelaria nie miała prawa uznać tego typu artykułów za prezenty, gdyż może je przeznaczać tylko na użytek własny. Również wyjaśnienie podane wczoraj przez urzędników kancelarii, że zakupy te wykorzystane są na potrzeby cateringu w samolotach nie jest prawdziwe, albowiem zarówno pracownicy MSZ jak i Kancelarii Premiera nie potwierdzają, by w czasie ich podróży z prezydentem podawano alkohol w takich opakowaniach. Nie potwierdzają tego również dziennikarze podróżujący z prezydentem. Zresztą: co prezydent ma do zaopatrywania samolotów, którymi zarządza rząd i jego służby logistyczne? Inne urzędy, nawet kancelaria Kwaśniewskiego i Wałęsy, także nie kupują i nie kupowały alkoholu w małych butelkach. A wystarczyło przecież nie kręcić, tylko zrobić rutynowe badania i mieć z głowy cały problem, w tym dociekania o gardło, do którego wlewa się whisky i wódeczka z "małpeczek"... To się nazywa polityczna krótkowzroczność. Albo: lęk przed ujawnieniem prawdy... Prawdę trudno ukryć... Myśląc o tych zakupach oraz wspomnianych scenach na ulicach Warszawy i słowach „Spieprzaj dziadu!”, mam nieodparte wrażenie, że Lech Kaczyński próbuje odgonić od siebie własne omamy, swój własny los: los osamotnionego, bezdomnego polityka z Pałacu Namiestnikowskiego, los człowieka nie radzącego sobie z życiem, szukającego ucieczki lub odwagi, ratującego się sztucznymi podpórkami, w tym być może - alkoholem. Słowa „spieprzaj dziadu” wracają, ale tym razem w auto-odniesieniu, jako figura własnego losu. Pozostaje pytanie, czy prezydent odejdzie sam czy też poczeka aż wyprowadzi go z urzędu lud, nie tylko lud Warszawy - w wyborach..."
środa, 15 kwietnia 2009
10.sekund życia.
Niesamowity, a zarazem tragiczny przypadek Davida Vettera, którego potraktowano jak ludzką zabawkę medyczną. Lekarze-specjaliści, którzy podjęli się próby ratowania chłopaka, bezpardonowo dążyli do sławy, wielkich pieniędzy oraz prestiżu w środowisku lekarsko-medycznym, niestety, nie udało się... David Vetter przebywał na świecie tylko 10 sekund. Tyle zajęło lekarzom przeniesienie noworodka od matki do sterylnego plastikowego bąbla, który stał się jego domem na 12 lat. Poprzedni syn państwa Vetterów przeżył tylko siedem miesięcy – wrodzona genetyczna wada układu odpornościowego znana pod angielskim skrótem SCID (ciężki złożony niedobór immunologiczny) spowodowała, że jego organizm nie bronił się przed najprostszymi infekcjami. Dziecko żyło, tylko dopóki mleko matki dostarczało mu wystarczającej liczby przeciwciał. Ciężki złożony niedobór odporności (w skrócie SCID) sprawia, że cierpiące na niego dzieci muszą żyć odgrodzone od świata barierą nieprzepuszczającą zarazków. Organizm chorego po zakażeniu wirusami, bakteriami czy grzybami nie potrafi się bronić. Nieleczony SCID prowadzi do śmierci dziecka przed pierwszym rokiem życia. Najsłynniejszym pacjentem ze SCID był właśnie, wcześniej wspominany David Vetter żyjący w plastikowym „bąblu” chroniącym go przed zakażeniem (nazywano go Bubble Boy). Zmarł w 1984 roku w wieku 12 lat. Dziś leczy się takich pacjentów przeszczepem szpiku lub zastrzykami z odpowiednimi enzymami. Taka terapia nie zawsze jednak działa, jest do tego uciążliwa (zastrzyki dwa razy w tygodniu) i bardzo droga. U części pacjentów działa jednak terapia genowa. Jak donosi „New England Journal of Medicine”, ośmioro z dziesiątki dzieci leczonych w ten sposób kilka lat temu nie wymaga obecnie żadnych zastrzyków ani przeszczepów. Są zdrowe. Terapii genowej poddano dzieci chorujące na jedną z odmian SCID związaną z niedoborem enzymu deaminazy adenozynowej. Naukowcy we Włoszech i Izraelu najpierw pobrali od nich komórki szpiku, wyposażyli je w prawidłowe wersje genu kodującego ten enzym, a następnie wstrzyknęli małym pacjentom. W większości przypadków zabiegu dokonano u dzieci, które nie skończyły dwóch lat. Wszystkie dzieci obserwowano od dwóch do ośmiu lat. Cała dziesiątka żyje, jednak dwoje musi korzystać z innych leków. Naukowcy przypominają, że ta choroba jest pierwszą, którą udało się wyleczyć terapią genową – eksperymentalnego zabiegu dokonano w 1990 roku. Ta odmiana SCID występuje u jednego na 375 tys. dzieci. 'Nigdy nie spełniło się wielkie marzenie Davida, żeby napić się coca-coli. Chciał jej spróbować, od kiedy zaczął oglądać telewizyjne reklamy – starano się nawet dostarczyć mu napój, ale po sterylizacji jego smak stawał się obrzydliwy. Gdy 12-letni David po raz pierwszy i ostatni wydostał się z kokonu, niemal od razu poprosił o colę, ale lekarze ze względu na jego stan nie zgodzili się.'
![]()
wtorek, 14 kwietnia 2009
Brand- majstersztyk.
Brand- bardzo popularne ostatnimi czasy słowo. Oznaczające markę, produkt, ale również model korporacyjny, doskonale potrafiący reklamować, a zarazem eksponować swoje wyroby, usługi, predyspozycje. W krystalizacji 'brandu' najważniejszą, a raczej najbardziej widoczną i oczywistą rolę spełnia public relations, cytując K.Wójcika: "PR jest świadomym, celowym, planowym, systematycznym i długoplanowym oddziaływaniem organizacji, władz, zrzeszeń na publiczność, zwaną otoczeniem, skierowanym na ukształtowanie z nią specyficznej jakości stosunków i układów przy użyciu komunikowania i pielęgnowania kontaktów jako jedynej, klasycznej metody, i podporządkowanie tych wpływów rygorom etycznym". Chciałem Wam powiedzieć o dwóch, moim zdaniem genialnych kampaniach marketingowych(na skale globalną). Pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajmuje Red Bull. Twórca Red Bulla, Austriak Dietrich Mateschitz (ur. 1944), rzadko rozmawia z prasą, a telewizji konsekwentnie odmawia. „Ochrona prywatnej sfery to luksus, na który sobie pozwalam” – podkreślił w jednym z nielicznych wywiadów. Chociaż wydaje „Seitenblicke” (austriacki magazyn o życiu gwiazd), sam sporadycznie gości na jego łamach. Należy do elitarnego grona miliarderów (260. miejsce w rankingu magazynu „Forbes”), ale idąc na mecze własnego klubu hokejowego, skromnie ustawia się po bilety w kolejce do kasy. Austriacy dumni są z sukcesu i przebojowości rodaka, lecz po cichu wzdychają: dlaczego nie ja? Pomysł rzeczywiście był na wyciągnięcie ręki. W 1982 r. Mateschitz, wówczas błyskotliwy menedżer marki Bledax na wyjeździe służbowym w Hongkongu, zainteresował się rankingiem największych japońskich podatników, opublikowanym w „Newsweeku”. Listę otwierał właściciel Taisho Pharmaceutical Company, firmy produkującej napoje na bazie tauryny, która uchodziła w Azjii za dobroczynny składnik diety. Mateschitz (nomen omen: zodiakalny Byk) rok później odkupił licencję i recepturę tajlandzkiego napoju Krating Daeng (w dosłownym tłumaczeniu: Czerwony Byk). Rok później w Fuschl am See niedaleko Salzburga zarejestrował firmę Red Bull GmbH. 51 proc. udziałów w przedsięwzięciu przypadło azjatyckim partnerom, rodzinie Yoovidhya. Długi czas oczekiwania na pomyślne załatwienie biurokratycznych formalności wypełniło austriackiemu wizjonerowi planowanie założeń globalnej strategii marketingowej. W działaniach tych wspierał go przyjaciel ze studiów, Johannes Kastner – dzisiaj właściciel agencji full service Kastner & Partners z centralą we Frankfurcie i biurami w kilkunastu krajach. Agencja ta od początku była odpowiedzialna za klasyczne działania marketingowe dla imperium Red Bulla. Całości dopełnił projekt puszki autorstwa brytyjskiego grafika Toma Bauma, zaakceptowany przez Mateschitza po blisko stu odrzuconych wcześniej prototypach. W 1987 r. mikstura na bazie m.in. tauryny, glukuronolaktonu, kofeiny, witamin z grupy B i glukozy weszła na rynek austriacki. Dietrich Mateschitz od początku wierzył w jej sukces. „Na ogromnym rynku napojów, opartych w głównej mierze na kolorowej wodzie z cukrem, różniących się jedynie smakiem i kolorem, pitych dla ugaszenia pragnienia, musiało się znaleźć miejsce dla produktu, takiego jak Red Bull” – powiedział w jednym z wywiadów. Nie zraziła go nawet opinia firmy, której zlecił badania pretestowe: „Ten produkt to katastrofa, ludzie nie zaakceptują jego smaku, logo ani nazwy” – miał usłyszeć. Pomimo tego, zaryzykował. Początkowo nowy napój był przyjmowany nieufnie. Konieczne stało się wykreowanie i wyedukowanie grupy docelowej. W popularyzacji marki ogromną rolę odegrali trendsetterzy, reklamujący napój na imprezach. Niedługo później w trasę wyruszyły też charakterystyczne autka z olbrzymią puszką na dachu, a bary i restauracje wypełniły lodówki i gadżety promocyjne. Bezpłatną reklamę zapewniali Red Bullowi również zatroskani rodzice, oskarżając napój o działanie uzależniające, a także pogłoski, jakoby wchodząca w skład napoju tauryna pochodziła… z byczych jąder (na stronie Red Bulla do dzisiaj przeczytać można sprostowanie tej rewelacji). Pierwsza kampania reklamowa oparta na spotach radiowych i akcjach samplingowych pochłonęła blisko 350 tys. euro i zakończyła się pełnym sukcesem. W ciągu pierwszego półrocza (1987 r.) sprzedano kilkaset tysięcy puszek, w kolejnym roku – już ponad milion. Po wyemitowaniu w austriackiej telewizji serii filmów reklamowych z sympatycznymi bohaterami rodem z komiksu, Red Bulla znał każdy Austriak. Nadszedł więc czas na ekspansję zagraniczną, którą zainicjowało wejście na rynek węgierski w1992 roku. Dzisiaj Red Bull obecny jest w 144 krajach i zatrudnia blisko 4600 osób, z czego 85 – w Polsce Red Bull to coś więcej niż składniki. O jego sukcesie w głównej mierze przesądził genialny marketing, oparty na klasycznej, „dodającej skrzydeł” reklamie, wspartej sponsoringiem imprez, często od podstaw organizowanych przez austriacki koncern. Inaczej niż w większości firm, uwagę poświęca się tu w pierwszej kolejności nie finansom, a marketingowi, przeznaczając na wydatki w tym sektorze blisko 30 proc. rocznych obrotów. Średnio jedna czwarta budżetu trafia do marketingu sportowego. Od momentu wejścia na rynek Red Bull postawił na sporty ekstremalne, często mało znane. To właśnie one pomogły wypromować się marce, a ona – im. Do grona sponsorowanych przez koncern sportów wyczynowych (BASE jumping, freeskiing, snowboard, paralotniarstwo, mountain biking, kitesurfing, akrobatyka powietrzna) z czasem dołączyły także prestiżowe dyscypliny, bardziej trafiające w gusta dorosłych fanów napoju.
Drugą pozycję zajmuje nie produkt, lecz osoba, która stała się swoistą marką. Mówię tutaj o Baraku Obamie. Personę prezydenta Stanów Zjednoczonych możemy dostrzegać dychotomicznie, mianowicie -jako całokształt idei, myśli, koncepcji -jako brand marketingowy wykrystalizowany dzięki pomocy niebagatelnych środków finansowych Chciałbym przytoczyć Wam w tym miejscu dwa intrygujące atrykuły Rafała Kostrzyńskiego 'Miłość bez zobowiązań, czyli punkt G20' oraz Magdaleny Górnickiej 'Marka "Obama" lepsza od iPhone'a'
Europejscy przywódcy nie mogli się nachwalić Baracka Obamy, ale czemu się dziwić... Przywódca mówi językiem dyplomacji, a więc językiem, w którym istnieją wyłącznie ładne słowa. Parafrazując słowa Tom'a Clancy'iego: 'O dyplomacji mówimy wtedy, kiedy dwóch ludzi łże sobie w żywe oczy, i oboje doskonale o tym wiedzą.' oraz Fryderyka Wielkiego 'Dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów.'- możemy sobie uświadomić jak piękne arie tworzy na płaszczyźnie dyplomatycznej, właśnie Obama. ;] Amerykański prezydent dużo się napracował podczas swojego tournée po Starym Kontynencie, okazało się jednak – po raz pierwszy, za to jak dobitnie – że samo posiadanie charyzmy i niebycie George’em W. Bushem to za mało. Szczyt G20 w Londynie mógł wypaść znacznie gorzej, to prawda, tak jak prawdą jest, że po szczycie USA–UE w Pradze nikt się cudów nie spodziewał. Ale 60. rocznica powstania NATO była dla Obamy znakomitą szansą na pokazanie, że nowy prezydent, nowe otwarcie i nowe pomysły ożywią kostniejący Sojusz. Nie ożywiły. Europa dała do zrozumienia, że wprawdzie kocha Amerykę, ale jest to miłość bez zobowiązań. W rankingu 50 czołowych marek "społecznościowych" Social Radar(pełną listę wypisałem Wam w poście poniżej) marka "Obama" zajęła trzecie miejsce, dając się wyprzedzić tylko Twitterowi i Google. Za nazwiskiem prezydenta znalazł się m.in. iPhone, Facebook, YouTube, iPod i BBC.Nazwisko prezydenta USA to jedyna marka osoby w całym zestawieniu. Potwierdza to odbiór Baracka Obamy - przynajmniej przez część wyborców - bardziej jako kolejny brand, niż jako żywego człowieka czy przywódcę państwa. Rodzi się więc pytanie: czy młodzi wyborcy Obamy głosowali na niego,jako na głowę swojego państwa, czy na markę Obama (na zasadzie wybieram Pepsi zamiast Coca-Coli)? Prawdą jest, że cała kampania Baracka Obamy to mistrzostwo w budowaniu marki kandydata. Ciekawe jest jednak, jak ta marka ewoluowała od czasu objęcia przez Obamę urzędu prezydenta. Otóż podczas gdy sama marka trzyma się w czołówce, poparcie dla prezydenta jako szefa państwa, zaczyna spadać (dziś oscyluje w okolicach 50 proc.). Brand Obama odrywa się od Obamy - prezydenta. Możemy zaobserwować pewną dwoistość postrzegania Baracka Obamy i pewną konfuzję wyborców - zwłaszcza tych młodszych. Wybieramy konkretną markę zazwyczaj nie dlatego, że lepiej będzie spełniała nasze potrzeby funkcjonalne, ale dlatego, że bardziej przemawia do naszych emocji. Obama wygrał więc nie dlatego, że wyborcy mieli przekonanie, że będzie lepiej rządził, niż robiłby to McCain, czy wcześniej - Hillary Clinton, ale dlatego, że Barack Obama postawił bardziej na przekaz emocjonalny, nie ścigając się o kompetencje. Ranking marek "społecznościowych" jest rankingiem specyficznym. Oparty jest bowiem na popularności brandów w serwisach społecznościowych i nowych mediach, z Twitterem na czele. Charakterystyczne jest to, że marki z czołówki rankingu (ale nie tylko) to brandy innowacyjne, skierowane do ludzi zasadniczo młodszych, otwartych na nowości, ciekawych świata, szybko adaptujących się do zmieniającej rzeczywistości. W większości są to marki związane z IT i Internetem. I pośród nich - Obama. Jednak z pewnością nie jest to Obama przepychający pakiet stymulacyjny przez Kongres; nawet nie Obama ze szczytu G20. To Obama wspólnej, zbiorowej wyobraźni, stworzony na podstawie komunikatów zapamiętanch z czasów kampanii wyborczej. Barack Obama (ten realny) musi jak najszybciej zastanowić się nad strategią walki o reelekcję. Być może kluczem do ponownego sukcesu jest petryfikacja Obamy - marki, dając Obamie - prezydentowi szansę i pole do działania. Takie rozczłonkowanie osobowości jest niebezpieczne nie tylko z psychologicznego punktu widzenia, ale i z politycznego - dla samych Stanów Zjednoczonych. Dużo zależy w tej kwestii od mediów. Czy będą bardziej podtrzymywać markę czy opisywać działania prezydenta. Dużo - ale nie wszystko. Po raz pierwszy bowiem wyborcy mogą komunikować się na ogromną skalę niezależnie od głównych mediów. W ten sposób brand Obama trwa i umacnia się w internetowych społecznościach.
Brand- lista Social Radar
Oto wyniki badań marcowych Social Radar- przedstawiające 50.najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, podaje Wam tutaj 15.z nich, które ulokowały się na najwyższych pozycjach. Intrygujące wydaje się miejsce 3. ;]
1.Twitter 2.Google 3.Obama 4.iPhone 5.Facebook 6.Mac 7.YouTube 8.Microsoft 9.Windows 10. iPod 11.Apple 12.Yahoo 13.Sony 14.Xbox 15.Playstation
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Manipulacja.
Czy zauważyliście ostatnio, w trakcie, już skomercjalizowanej rocznicy śmierci Jana Pawła II(nie będę w tym miejscu rozpisywał się nad problemem polskiego społeczeństwa w tym zakresie, z uwagi na wielki szacunek jakim darzyłem i ciągle darzę osobę Naszego Papieża)osoby rozdające obrazki, z uwidocznionym wizerunkiem JP II? Myślicie pewnie, że to jeden z wielu pomysłów, nader kreatywnych rodaków, nie posiadający w stricte znaczeniu 'drugiego dna'?Otóż mylicie się ;] Taką zasadę stosowali już członkowie sekty Hare Kriszna na dworcach lotniczych w USA, obdarowując przypadkowych pasażerów kwiatem, a następnie prosząc o datek, który zwykle otrzymywali. Wykorzystywali w ten sposób psychologiczny nawyk, który wymaga od nas, abyśmy rewanżowali się za to, co otrzymujemy. Było to zastosowanie najprostszej, aczkolwiek najbardziej trafnej i przynoszącej duże profity metody manipulacyjnej. Chciałbym w dzisiejszym wpisie podzielić się z Wami wiedzą, na temat manipulacji(nie całkowitej, oczywiście- do technik obronnych przejdę kiedy indziej.) To, co wyjątkowe, jest bardziej pożądane. Jeśli nie mogę czegoś mieć, to właśnie tego chcę. Pewien biznesmen, importer wołowiny i jednocześnie student Cialdiniego, przeprowadził eksperyment. Kiedy dzwonił do swoich klientów, informując, że dostawy mięsa z RPA spadną w najbliższym czasie, zamówienia wzrosły dwukrotnie. Kiedy mówił, że dostawy spadną, ale podkreślał, że jest to wiadomość z poufnych źródeł, zamówienia wzrosły o 600 procent! Informacja zyskała na wartości, bo była wyjątkowa, ekskluzywna. Była to parafraza z jednego z artykułów z 'GW'(której nota bene, ze względów ideologicznych nie polecam, aczkolwiek czasami można odnaleźć nawet tam ciekawy artykuł), w której możemy zaobserwować działanie(tutaj wejdę na grunt ekonomii, chociaż nie jestem specjalistą w tym zakresie) dwóch efektów, mianowicie: -Efekt Veblena, czyli wzrostu wielkości popytu na dobra luksusowe mimo wzrostu cen tych dóbr. -Efekt Owczego pędu, czyli zjawisko mające miejsce, gdy konsumenci pragną nabywać pewne dobra, nawet po wyższych cenach tylko dlatego, że kupują je inni. Wynika to z chęci naśladowania osób, z którymi chcą się utożsamiać. Jak widać ekonomia z technikami manipulacji posiada znak dopełniający... Inna sytuacja(z gruntu medycznego) Robert Cialdini opisuje eksperyment, podczas którego kazano pielęgniarkom wykonywać absurdalne polecenia, np. zrobienie doodbytniczej wlewki leku przeznaczonego do leczenia chorych uszu. Pielęgniarka doskonale wiedziała, na co choruje pacjent, nie odważyła się jednak przeciwstawić presji autorytetu. Autorytetem, jakim niewątpliwie jest w tym przypadku lekarz, ma czasem destrukcyjny wpływ na nasze poczynania. Mentorem dla danej osoby może być każdy, mama, tata, sąsiad, czy tez w końcu ktoś ogólnie znany, poważany, czy tez całkowicie zmyślona postać. Ważne by pokazać ją w dobrym i wiarygodnym świetle, a można za pomocą autorytetu powiedzieć wszystko. Lubimy ludzi, którzy są do nas podobni - czy to jeśli chodzi o wygląd, czy poglądy polityczne. Podobieństwo powoduje, że łatwiej nam na nich wpływać, a takie osoby chętniej spełniają nasze prośby. Ludzie częściej przyznają rację tym, których znają i lubią. Manipulowanie rzekomą bezinteresownością- tej metody nauczyłem się jeszcze we Francji, będąc barmanem. Nabieramy się na nią bardzo często w restauracjach. Zamawiamy wybrane danie, ale słyszymy od kelnera, że to drogie i niespecjalnie godne polecenia. Ufamy doradcy, który potem naciąga nas na drogie drinki i desery. W rezultacie zapłacimy więcej, niż zaoszczędziliśmy przy głównym daniu. Anegdota z Henrym Kissingerem, szefem dyplomacji za prezydentury Nixona i Forda w roli głównej,doskonale ilustruje metodę 'wkręcania śruby'. Otóż kiedy poproszony o przygotowanie raportu na temat polityki zagranicznej asystent dyplomaty dostarczył mu kilkustronicowy raport, Kissinger odesłał go szybko z notatką "Czy to wszystko na co Pana stać?". Kilka dni potem asystent na biurku szefa położył drugą, dwa razy grubszą wersję raportu. Ponownie dostał raport z powrotem z taką samą notatką. Przekonany był, że pominął coś ważnego, więc po raz kolejny zasiadł do pracy, bardzo dokładnie przewertował materiały i przygotował jeszcze grubszy materiał. Tym razem postanowił go doręczyć osobiście. Placebo- jako prawo oczekiwań. Placebo w medycynie to imitacja lekarstwa, operacji nie mającej wpływu na zdrowie pacjenta, jednakże pacjent o tym nie wie, myśląc, że podaje się mu prawdziwe lekarstwo, pacjent zdrowieje. W przełożeniu na manipulacje działa to bardzo podobnie, manipulant wmawia, że cos jest tak a nie inaczej lub wykorzystuje wcześniejsze doświadczenia osoby manipulowanej w celu wykorzystania tego przy podejmowaniu decyzji. Innymi słowy, jeśli ktoś Ci mówi "Uda się, bo zawsze się udawało", wzmacnia twoje oczekiwania i jesteś skłonny mu uwierzyć. Skrajnym przykładem może być ta sytuacja: załóżmy, że kupiłeś drogie lekarstwo, i chwaliłeś się nim przed znajomymi, a ono wcale nie działa tak jak powinno, strach przed tym, że pokażesz znajomym jak wyrzuciłeś pieniądze błoto, karze Ci wierzyć, że jednak ono działa, i szukasz wszelakich potwierdzeń jego działania. Nie opisywałem wszystkich znanych technik, ponieważ jest ich zbyt dużo, a poza tym większość, zapewne znacie, dlatego też nie będę ich tutaj powielał. Manipulacja, jak widać jest świadomym wpływaniem na dane jednostki, bądź grupy jednostek. Działania na uczuciach i psychice innych osób, aby te zastąpiły swoje codzienne, racjonalne zachowania, poprzez przyklejenie plastra emocji na wybory przez nich dokonywane...Pytanie- czy da się wyłączyć uczucia, z każdej podejmowanej decyzji?...TAK.
niedziela, 12 kwietnia 2009
Do czego potrzebne nam słowa?
Po przeczytaniu inspirującego artykułu Zbigniewa Karapudy, zdecydowałem się napisać na jego podstawie o reprezentacji werbalnej. Najczęściej myślimy o słowach jako nośnikach informacji, potrzebnych do przekazania innej osobie. I tak też je traktujemy, jako lepiej lub gorzej dobrane, określenia tego, co myślimy. Tylko wtedy musimy sobie zadać pytanie jak myślimy? Najczęściej pada odpowiedź: "słowami", bo przecież jak inaczej można? Jednak, jeśli by tak było, to zupełnie nie potrzebowalibyśmy szukać odpowiednich słów do wyrażenia naszych myśli. A każdy ma zapewne takie doświadczenie, że to, co właśnie powiedział, jednak nie znaczy właśnie tego, co miał na myśli. Jakże wytłumaczyć tę sprzeczność? Może myślimy innymi słowami niż wypowiadamy? A może po prostu myślimy częściowo pozawerbalnie? To zagadnienie od dawna pasjonuje psychologów, czy słowa używamy również do myślenia? Również, gdyż do komunikacji interpersonalnej, to oczywiste. Tym najczęściej zajmują się wszelkie publikacje z zakresu komunikacji. Mnie bardziej interesuje komunikacja intrapersonalną, czyli z samym sobą. Czy również tutaj używamy słów? Oczywistością już jest, że słowa wywołują w nas pewne wyobrażenia, a co za tym idzie również odpowiednie stany emocjonalne. A zatem możemy śmiało powiedzieć, że mają decydujący wpływ na nasze samopoczucie. Dlatego tak ważne jest dla nas, w jakim środowisku się znajdujemy i czy nas ono nagradza, poprzez ingracjacje słowną (chwali nas). Zupełnie inaczej wychowują się dzieci często chwalone przez rodziców, niż wręcz odwrotnie. Ludzie oczekują głasków (określenie zaczerpnięte z prac Erika Berna „W co grają Ludzie", „Dzień dobry i co dalej"). Nas jednak interesuje tutaj słowo, jako reprezentacja świata zewnętrznego, umożliwiające wprowadzenie go w świat wewnętrzny, naszych myśli. Zauważmy, że słowo pozwala na zawarcie w pewnym znaku, graficzno- akustycznym, idei czegoś, co istnieje w świecie rzeczywistym. Nasze zmysły rejestrują obiekt lub zjawisko (np. psa, poruszenie itp.), i dokonują przekazania go do naszej świadomości, gdzie ulega on (ono), nazwaniu, czyli zamianie na słowo. Nie bez przyczyny piszę „do naszej świadomości", gdyż często widzimy wiele obiektów, lecz kiedy nie skupiamy na nich swojej uwagi, nie mamy świadomości ich istnienia. Dlatego je nie nazywamy, zostają w postaci wyobrażenia wizualnego a nie werbalnego. Bardzo często niewyodrębnionego z ogólnego obrazu, który naturalnie tworzą w naszej pamięci wizualnej. Słowo jednak, aby powstało musi być desygnatem (odpowiednikiem), czegoś wyodrębnionego w naszej świadomości. Nie zawsze jest to proces świadomy, szczególnie u dzieci, lecz zawsze musi zawierać koncentracje uwagi na danym obiekcie lub zjawisku, aby go wyodrębnić — zauważyć. Np. aby coś nazwać „poruszeniem" w narodzie czy społeczności lokalnej, trzeba mięć w świadomości, jakieś konkretne zdarzenia do których się to odnosi. Nie zawsze jednak potrafilibyśmy je wskazać, w tym sensie są więc jednak poza świadomością. Ta pozorna sprzeczność wyjaśni się, kiedy prześledzimy powstawanie słów jako reprezentacji pewnej klasy obiektów u dzieci. To zupełnie zadziwiające jak dziecko radzi sobie w grupowaniu konkretnych obiektów w klasy obiektów. Np. pojedyncze konkretne psy: Ciapek, Burek i Reksio, stają się klasą psów, choć fizycznie są bardzo niepodobne. (Spaniel, jamnik i Bernardyn). Aby je uogólnić trzeba by wyjąć poszczególne ich cechy, porównać do siebie i zdecydować, że są na tyle podobne, że mogą tworzyć jedną klasę nazwaną „Psy". Jak to dziecko robi, to zupełnie inne zagadnienie z zakresu tworzenia pojęć. Gdy utworzymy pojęcie, przenosimy je jako pewną reprezentację do świata naszych myśli i dalej już występuje jako pewna „paczka", zawierająca wszystkie te szczegółowe określenia wizualne, jak Reksio, Ciapek i Burek, a sama nie będąc reprezentowana przez jakieś konkretne uogólnienie wizualne „psa". Za każdym razem jak chcemy sobie wyobrazić psa, to sięgamy do konkretnego obrazu Ciapka lub Burka, a nie tworzymy skrzyżowania Bernardyna z Jamnikiem. To samo w sobie intrygujące, ale ma oczywiście swoją przyczynę, myśl staje się bardziej uniwersalna do dalszego przetwarzania. Np. „Psy gryzą". To nie wymaga wyobrażenia konkretnego psa, lecz właśnie dzięki swej pojemności, znakomicie oddaje istotę myśli. I tak to właśnie działa, uogólnienie traci na konkretności obrazu, ale znakomicie nadaje się do tworzenia dalszych uogólnień i syntezy wiedzy w twierdzenia czy hipotezy. Tak to świat zewnętrzny trafia do naszej głowy i tam zaczyna żyć samoistnie, nawet nie zawsze odwołując się do rzeczywistości, a wręcz czasami ją kreując. Myślę tu np. o malarzach, którzy niekoniecznie odzwierciedlają rzeczywistość i to jest ich istotą, w odróżnieniu od fotografii naturalistycznej. A zatem, moglibyśmy przyjąć, że ilość słów — reprezentacji uogólnień rzeczywistości, ma zasadnicze znaczenie dla procesu myślenia, gdyż dostarcza materiału do myślenia. Idąc dalej wydaje się, że właśnie ilość i jakość słów determinuje jakość myślenia. Pomijam tu sam fakt, iż dokonywanie werbalizacji i tworzenia pojęć jest samo w sobie zajęciem stymulującym inteligencję i jej rozwój, lecz zapewne zawartość leksykonu słownego (słownictwo), determinuje możliwość kreowania wypowiedzi — myśli. Raczej nie da się myśleć sprawnie i precyzyjnie, nie mając odpowiednich słów i nie dokładnie odwzorowując złożoności rzeczywistego świata. Dlatego czasami nie da się złożonych kwestii powiedzieć prościej, szczególnie w naukach humanistycznych, gdzie większość słów jest używana potocznie, to jednak ich specyficzne połączenie tworzy nową myśl, niedostępną potocznie. Wtedy widać, że nie tyle leksykon werbalny tworzy zrozumienie, co jego syntaksa. (Zależność kontekstowa). Tu wchodzimy na teren lingwistyki. To, co najistotniejsze w tym artykule, to zauważenie, że wytworzenie języka i wprowadzenie go do myślenia zupełnie zmieniło możliwości człowieka. Nie chodzi tu o proste odwzorowanie rzeczywistości i lepsze komunikowanie, choć to również istotne, lecz przede wszystkim wykorzystanie języka do samodzielnego procesu myślowego. Myślę, że właśnie wtedy przestaliśmy być zwierzętami a staliśmy się ludźmi. Kiedy nasz świat myśli przestał odwzorowywać a stał się twórczy i kreatywny. Kiedy to zmiany w zachowaniu i w świecie zachodzą poprzez procesy myślowe, a nie przez uczenie się reakcji warunkowanych. (Reakcji wynikłych z nagradzania i karania, również przez naturę). Tylko ta jedna umiejętność, wytwarzania słów, zmieniła nasz sposób myślenia i działania. Gdybyśmy tylko z niej korzystali... pů naszymu.
Jako zadeklarowany racjonalny ateista(bez aktu apostazji- wciąż poszukujący odpowiedniej drogi)oraz regionalista(walczący, niestety ciągle biernie o nadanie Podbeskidziu statusu wojewódźtwa)chciałem coś zadeklarować .W moim nader krótkim życiu nauczyłem się jednej reguły, która jest dla mnie (używie słowa 'święta' byłoby nie na miejsu) priorytetowa, mianowicie- ażeby móc krytykować daną religię, kulturę, wyznanie, pogląd, ideę- trzeba ją najpierw poznać i skonfrontować z otaczającą rzeczywistością. Sam ciągle walczę ze swoimi przekonaniami i negacjami pewnych kwestii, i moim nader skromnym zdaniem idzie mnie coraz lepiej ;]. Denerwują mnie jednostki, które bez znajomości podstawowych kanonów światopoglądowych urządzają błogą krytykę dowolnych tematów, często popadając w tej mierze w obłęd intelektualny. Jako małą manifestację i chęć odseparowania się od banalności negacji, chciałbym dopisać do mojej 'the bucket list'(opublikuje ją w następnym tygodniu)ważną dla mnie samego pozycję, dla pozostałych może(i pewnie będzie)wydawać się błaha, dziwna, bezsensowna, jednakże ma ona symboliczne znaczenie. Wokół panuje(tak mówią)klimat świąteczny, a jako, że nasz piękny kraj jest uznawany(uświadamiają nas i sami chcemy się do tego przekonać, czasem na siłę)za kraj katolicki, dlatego też poniżej chciałbym Wam pokazać...
...i o tym właśnie mówię. 'Ojcze nasz' po śląsku. Dopisuję do mojej listy celów, które mam do wykonania przed śmiercią- nauczenie się gwary śląskiej...zobaczymy co z tego będzie ...;]
sobota, 11 kwietnia 2009
'Karta z dziejów ludzkości'
"Czymże bez ciebie bylibyśmy nie tylko my, ale czym byłoby w ogóle ludzkie życie? Tyś pozakładała miasta, ty rozproszonych ludzi powołałaś do życia społecznego, ty zespoliłaś ich między sobą najpierw przez wspólne osiedla, później przez małżeństwa, a wreszcie przez wspólnotę mowy i pisma. Tyś wynalazczynią praw, nauczycielką dobrych obyczajów i ładu."- słowa kształtujące filozofię Cycerońską wyrafinowanie oddają próbę wyjaśnienia symbolicznego terminu 'kultura'. (z łac. colere = "uprawa, dbać, pielęgnować, kształcenie"), początkowo był ściśle, jeżeli nie wyłącznie powiązany z ziemią, na 'salony inelektualno-narodowościowe' wprowadził go dopiero cytowany Cyceron, stosując formułę cultura animi (dosłownie: uprawa umysłu). Wszyscy ludzie do kultury podchodzą zbyt poważnie i z nadmierną nadinterpretacyjnością.Moim zdaniem kultura jest wykrystalizowana z pięciu podstawowych elementów, atomów składowych: kształtu(rzeżba), barwy(malarstwo), słowa(literatura), dźwięku(muzyka) i myśli(filozofia). Owe części mogą egzystowac samodzielnie, indywidualnie, lub łączyc się w bardziej finezyjne i wyrafinowane struktury. Kultura ewoluowała i ciągle ulega przekształceniom, jednakże (różne badania stawiają na diametralnie inne okresy)jej umasowienie nie zaczęło się od połowy XXw. jak podaje powszechne przekonanie, lecz dwa wieki wcześniej. Dokonałem analizy porównawczej wynalazków, które wpłynęły na taki stan rzeczy- można wyróżnić pięć podstawowych ewolucyjnych atrybutów: gazeta, radio, telewizja, kolej i...wódka Do czasów wynalezienia pisma/prasy/gazet społeczeństwo nie miało realnego dostępu do źródeł, obiektywnej informacji, fakty mogły być przekształcane w ustnych translacjach personalnych- gazeta chociaż nie wykluczała to w danym stopniu ograniczała możliwość manipulacji, poza tym(podobnie jak telewizja, czy internet była i jest nośnikiem edukacyjno-moralnym, takie przynajmniej było ich pierwotne założenie).Poza tym trzeba dodać, iż dzieki wynalezieniu pisma, a w późniejszym okresie użycia go do stworzenia prasy interakcja społeczna zniosła wszelkie bariery przekazu. Informacja jest przekazywana znacznie szerszym strumieniem, aniżeli w przypadku innych gatunków- zwłaszcza pośrednio i bez granic pokoleniowych. Gdyby każdy musiał zdobywać samodzielnie całą swą wiedzę o świecie (lub choćby znaczącą jej część), nigdy nie powstałaby nauka ani cywilizacja ludzka. Gdybyśmy zaś w pewnej chwili stracili zaufanie do siebie nawzajem i zaczęli starannie sprawdzać wszystko (lub choćby znaczącą część tego), o czym informują nas inni, nauka i cywilizacja nie tylko przestałyby się rozwijać, lecz nastąpiłby ich szybki regres. Co do kultury wniosła kolej?!.Faza rozkwitu transportu kolejowego rozpoczęła się w 1825 roku, kiedy to uruchomiono linię kolei publicznej łączącą Stockton z Darlington w Wielkiej Brytanii, zbudowaną i wyposażoną w parowozy przez George'a Stephensona. Wnosi ona element niezwykle błahy- możliwość szybszej wymiany ludnościowo-towarowej. Towary dotychczas uważane za orientalne, dzikie, nieznane w Europie, zaczynają przybierać formę umasowioną, ogólnodostępną. A moim zdaniem dała ona przede wszystkim możliwość eksploracji i poznania unikalnych ludzi, dzięki którym ówcześni podróżnicy byli zdolni do diametralnej zmiany swoich światopoglądów, opartych dotychczas na europejskim, zamkniętym kole idealizacji moralno-religijnej. Wszyscy pewnie zastanawiacie się dlaczego wśród atrybutów kultury wymieniłem wódkę? I to nie ze względu na jej moc pojednawczą, jak uważają niektórzy, choć częściowo... ;] Otóż owy napój(a dopiero na pozostałych miejscach choroby, alienacja, czy eksterminacja)miał wpływ na zagładę indian zamieszkujących tereny dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Osadnicy europejscy, początkowo w geście dobrej woli, częstowali tubylców 'ambrozją starokontynentalną', co miało, jak się okazało, dość destrukcyjny wpływ na mieszkańców. Dało to początek zakorzenianiu w te grunty mieszanki kulturowej, która dziś owocuje promując wszechogarniającą masowośc kultury. Radio i telewizja(pomijam w tym miejscu internet oraz telefonię komórkową- zaliczam te dwa atrybuty do rozwoju kultury masowej, o której napiszę, przynajmniej mam taką nadzieję- w innym wpisie ;] ) pozwoliły dokonać wielkiego skoku cywilizacyjnego. W tym miejscu podam pare ciekawostek związanych z telewizją: W 1991 rząd Szwecji wprowadził całkowity zakaz emitowania reklam skierowanych do dzieci poniżej 12. roku życia. Artykuł z Scientific American z 2002 zwrócił uwagę na fakt, iż wynikające z wewnętrznego przymusu oglądanie telewizji nie różni się od innych form uzależnienia. Potwierdzają to doniesienia o syndromach wycofania w rodzinach zmuszonych przez okoliczności do zaprzestania oglądania telewizji. Badania w Nowej Zelandii obejmujące 1000 osób (dzieci i młodzież do 26. roku życia) dowiodły, że "oglądanie telewizji w dzieciństwie i okresie dojrzewania wiąże się ze słabymi osiągnięciami edukacyjnymi w okresie do 26. roku życia". Innymi słowy, im więcej dziecko ogląda telewizję, tym mniej prawdopodobne jest, że ukończy szkołę i podejmie studia. Na Islandii czas nadawania telewizji był ograniczony do 1984 – w tym okresie żadne programy nie były emitowane w czwartki lub podczas całego lipca. Zastosowana została tutaj prosta reguła, która w książkach związanych stricte z kulturą przyjmuje formę komunikacji, tudzież komunikatu.“Komunikowanie to taki proces, w którym nadawca emituje bodźce (zazwyczaj werbalne), aby spowodować zmianę w zachowaniu odbiorców” lub inaczej “to przekaz informacji, idei, uczuć, umiejętności itp. za pośrednictwem symboli, słów, obrazów, schematów, wykresów itp.” Początki ogólnej manipulacji...
Idealnym podsumowaniem może byc wiersz Juliana Tuwima- 'Karta z dziejów ludzkości', ...puenta zbyteczna ;] 'Spotkali się w święto o piątej przed kinem Tutejsza idiotko - rzekł kretyn miejscowy - Miejscowa kretynka odrzekła: - Z ochotą, Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko Na miłym macaniu spłynęła godzinka Aż wreszcie szepnęła: - Kretynie tutejszy ! Więc poszli na sznycel, na melbę, na winko, Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym W ten sposób dorobią sie córki lub syna; By znowu się mogli spotykać przed kinem
piątek, 10 kwietnia 2009
Prawo przyciągania a wszechświat.
Przeczytałem dzisiaj ciekawy, archiwalny wpis z onetu, chciałbym się nim z Wami podzielić. Takie małe streszczenie ;] Zły nastrój udziela się innym osobom, nawet tym znajdującym się kilka kilometrów od nas. Do takiego wniosku doszli naukowcy ze Stanów Zjednoczonych po przeprowadzonych badaniach. Stwierdzili oni, że osoby, których nawet nie poznaliśmy, mogą mieć wpływ na nasze samopoczucie. Zjawisko to porównywane jest do kręgów na wodzie. Tworzą się one, kiedy wrzucimy do stawu kamień. Każdy kontakt z osobą mającą problemy, zmniejszy w 7% nasz radosny nastrój. Kiedy jednak spotkamy się z kimś szczęśliwym, nasze optymistyczne nastwienie do świata wzrasta o 9%. Widać, że amerykańscy naukowcy odkrywają rzeczy, które ezoteryka zna już od dłuższego czasu, aczkolwiek nie ważne kiedy dojdziesz do prawdy, bylebyś jej kiedyś doświadczył- takie moje zdanie. Ta publikacja wiąże się, po części z moim dzisiejszym tematem wpisu. Mianowicie chciałbym napisać parę zdań na temat prawa przyciagania, w połączeniu z wizją wszechświata i otaczającej nasz rzeczywistości. Uniwersalny wszechświat, moim zdaniem, istnieje, z tą różnicą, że nie jest on odgórnie wykreowany, lecz jest tworzony przez wszystkie żyjące jednostki oddolnie. Nie ma natomiast jego jednej formy, występuje ich kilka, wykrystalizowanych na różnych stanach świadomości. Każda jednostka jawi się jako mały, lecz bardzo znaczący atom składowy ww. wszechświata. Poprzez swój integralny umysł oraz interacje społeczne,tworzone na wzór sieci, potrafi oddziaływać na każdy element.Jej własne, nikłe światy, składają się na jedną, ogromną strukturę ideowo-myślową. Jesteś częścią wszechświata, jesteś energią, a Twoje myśli tak jak i myśli innych ludzi krążą po wszechświecie. Wszystko o czym myślisz stale, wszystko co powtarzasz sobie codziennie, co godzinę, co minutę, wszystko w co wierzysz – staje się Twoją podświadomą wartością, a Twoja podświadomość automatycznie manifestuje do „wszechświata” że tego pragniesz – przyciągasz od wszechświata to o czym myślisz. Podświadomość nie zna pojęcia dobra i zła – podświadomość uznaje że wszystko o czym myślisz jest tym co chcesz mieć – gdybyś nie chciał to byś o tym nie myślał – dlatego robi wszystko co w jej mocy, żeby dać Ci to o czym myślisz. Wszechświat mogę tutaj porównać do wielkiej bombonierki, a nasze myśli do wyimaginowanej ręki, która wybiera dla nas czekoladkę, taką jaką chcemy. Wszystko, włączając ciebie, twoje myśli i cokolwiek, co chcesz lub nie chcesz doświadczyć jest czystą energią o różnej częstotliwości. Prawo Przyciągania opiera się na zasadzie, że podobna energia przyciąga podobną energię. Przyciągasz do siebie nie to, czego pragniesz ale to, co jest w harmonii z twoją częstotliwością, wibracją. Ta natomiast jest zdeterminowana przez dominującą postawę umysłu, twoje najczęstsze myśli i głębokie przekonania.
Aby świadomie przyciągnąć to, co wybierasz by zaistniało w twoim życiu, musisz nauczyć się dostroić energię twoich myśli i działań z esencją twojego wyboru. Twórcza wizualizacja jest podstawową techniką skutecznego przeprogramowania podświadomego umysłu. Dzięki niej zaczniesz przyciągać do życia te rzeczy i okoliczności, które świadomie wybrałeś. Zrozumienie prawa przyciągania nie polega na obwinianiu siebie lub kogoś za niepożądane warunki naszego życia. Obwinianie się jeszcze bardziej przyciąga warunki, których nie chcesz. Znajomość tego Prawa powinna raczej dać ci siłę, aby przejąć całkowitą odpowiedzialność za obecne warunki poprzez zrozumienie potęgi myśli Biorąc odpowiedzialność za własne życie, udzielasz sobie w ten sposób siły do zmiany tego życia. Prawo przyciągania jest neutralne Nie osądza, nie karze, nie nagradza. Służy by łączyć podobne energie ze sobą. Ty określasz kryteria poprzez myśli i przekonania, a ono idealnie dopasowuje je i łączy z rzeczą, która spełnia twoje kryteria. |
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||